Puk, puk, to ja Wasz dawno nieczytany Prostaczek. Od razu pragnę wyraźnie zaznaczyć: DEMENTUJĘ podłe oskarżenia, że rozleniwiła mnie jesień; DEMENTUJĘ również cyniczne plotki, że opuściło mnie natchnienie oraz DEMENTUJĘ stanowczo wstrętne insynuacje, że się ponoć wypaliłem intelektualnie i już nic ironicznego i złośliwego nie napiszę.

ZDEMENTOWAŁEM.

I nie zamierzam się wcale usprawiedliwiać, dlaczego "Okiem Prostaczka" bielmem zarasta i ugorem świeci. Nic z tych rzeczy. Wiem doskonale, że byłaby to woda na młyn dla tych wszystkich, którzy własnego życia nie mają i do czyjegoś z łapami  startują. Moja wrodzona duma Prostaczkowa i Prostaczkowe poczucie godności odstręcza mnie od niecnych praktyk. I wcale nie zmierzam pisać o ostatnim cudownym widowisku sportowym, poniedziałkowym pięknym zjawisku astronomicznym czy też wizji kolejnych dobrych i lepszych zmian. Dziś zajmę się cuchnącym problemem.

Nie miałem o nim pojęcia z prostej przyczyny: jako jeden z niewielu, nie korzystam z instytucji szatni. Wynika to z faktu, że do mojego okrycia wierzchniego jestem przywiązany jak przysłowiowy Jaś do Małgosi. Ta szata przechodziła w moim rodzie z pokolenia na pokolenie, niczym pierworództwo z ojca na syna. Tak więc okrycia wierzchniego do szatni nie zanoszę. Ale mam swoje ulubione wiewiórki, które wiedzą, co w szatni dymi. I wiewiórki się poskarżyły. Bo ichnie futerka cuchnąć zaczynają. I to nie z powodu wiewiórczynego potu, czy braku higieny elementarnej wiewiórkom zaszczepionej, ale z powodu dymu. Dymu co bez ognia obejść się nie może.

Lojalnie więc ostrzegam, że nie będę się bawić w pogadanki dydaktyczno - umoralniające psu na budę potrzebne, że to szkodzi i raka powoduje, tylko wpadnę z gaśnicą i porządek z niezabezpieczonym ogniem zrobię.

I będzie płacz i zgrzytanie zębów. I mnóstwo piany.

Tako mówi PROSTACZEK.